Bagno w pracy
Codzienność,  Zagubienie

Siedziała w swoim bagnie, marnowała sobie życie…

Jak to wyszło, że wpakowała się w to podłe zatrudnienie? Właściwie to na początku była zadowolona.
Czysta praca od ósmej do szestanstej trzydzieści. Wyłączyć komputer, nie zabierać pracy do domu i mieć święty spokój.

A jednak z czasem ten święty spokój zacząl ziać nudą i monotonią. Zauważyła, że możliwości rozwoju i awansu w firmie były równe zeru, zresztą asortyment, z którym firma pracowała właściwie nigdy jej się nie podobał – był nudny, bezpłciowy, nieinteresujący dla niej.
Dni pracy stały się monotonne, odpowiedzi na pytania klientów znała zanim ci zdążyli je zadać. Nie uczyła się niczego nowego, brakowało wyzwań, które mogła podjąć, nowych, interesujacych zadań w pracy. A przede wszystkim nikt w firmie nie chciał pojąć, że wyrosła z tej posady. Tylko ona rozumiała, że całe życie nie można pracować z obsługą klienta. Przynajmniej nie ona.
Widocznie inni mogli….

Oczywiście nikt nigdy nie powiedział jej: tylko nie próbuj się zwalniać, potrzebujemy cię tutaj. Nie ma przecież ludzi niezastąpionych a jej i tak szef nie dażył jakąkolwiek pracowniczą miłością, by próbował ją zatrzymać jeśli chciałaby się zwolnić.
Może własnie też dlatego tego nie robiła – żeby nie sprawić mu tej satysfakcji, że dał jej w kość, że jest na tyle słaba, że dała się złamać. “Troche tak – na złość mamie niech mi uszy marzną”. I po co?
To były jej uszy, i akurat tej mamie jej los był serdecznie obojętny – chętnie by powiedziała – “masz pracę – siedź w  niej, czysta, nie musisz jej zabierać do domu…”– więc po co?
Miała 38 lat i unosiła się idiotycznym honorem jak nadąsana nastolatka.

Nie, to nie był tylko honor. Do pracy miała bliziutko, pracowała dosłownie za rogiem – spacerkiem, rowerkiem – bliżej nie mogła już mieć. Była jednym słowem wygodna. Nie chciało jej się też pisać CV – wyciągać po latach papiery i skleic w coś, co robi na innych wrażenie? A jeśli nie zrobi tego wrażenia? No właśnie. Ile razy otrzyma negatywna odpowiedź? Ile razy da radę znieść negatywną odpowiedź?
Jej poczucie własnej wartości było raczej kiepskie i dlatego bała się nowości, wyzwań – a odmowy brała do siebie bardzo osobiście – i to podważało jeszcze bardziej jej poczucie wartości.
Siedziała więc w bagnie.

Potem doszła do wniosku – i to jakby było wybawieniem z tych myśli, że nie chce znowu robić tego samego. A w okolicach była tylko tego typu praca. Więc nie będzie szukać pracy. Będzie siedzieć w tym bagnie do czasu aż wpadnie na jakiś pomysł. Na razie nie wpadała.
Bo o pracę szefa ekonomii albo marketingu nie miala się co starać– nie miała wystarczajacego wykształcenia. Poza tym ani ekonomia, ani marketing nie przemawiały do niej na tyle, by z nimi pracować.
A co przemawiało?

Wygoda.
Tak, właściwie to była wygodna i tylko czyste lenistwo było powodem, że pozostawała wciąż w tym samym miejscu, w tym bagnie, którego coraz bardziej i bardziej nie znosiła.  Hm, widocznie jednak nie na tyle by stąd odejść. Ból był zbyt mały. Błoto zbyt płytkie….
Albo może obawa przed nowym, nieznanym była silniejsza, niż niewygoda posiadania starego, mimo iż nielubianego – wiedziało się w czym się siedzi…

Czy była więc skazana na smętną beznadziejną egzystencję i siedzenie do końca jej dni przy obsłudze klienta? Czy sama się na to skazywała?

Usch, przecież nie o to chodziło jej w życiu… no właśnie, więc o co? Gdzie podziały się jej marzenia i kiedy zostały podcięte jej skrzydła? Kiedy sama podcięła sobie swoje skrzydła? Bo tak naprawdę kogo obchodziło kilka jej piórek?

„Wierz w swoje marzenia. Jeśli ty nie będziesz, nikt tego za ciebie nie zrobi”

A jakie były jej marzenia? Na pewno nie praca w tego typu biurze. Chciała prżecież być osobą wolną, na pewno nie uzależnioną od szefa, który nie podzielał jej pomysłów – wręcz preciwnie wciąż je krytykował. Jak robiła tak, jak chciał szef dostawała opieprz od klienta. Jak robiła tak, żeby zadowolić klienta dostawała opieprz od szefa. Więc cokolwiek robiła – robiła źle – wspaniałe miejsce do rozwoju osobistego czyż nie tak?

Uświadomiła to sobie całkiem niedawno, że tutaj nie było żadnej przyszłości. Nie dla niej.

– Wciąż te same pytania, te same odpowiedzi. Jak długo można odpowiadać na te same pytania – westchnęła kiedyś przy swojej współpracownicy.
– Taka jest praca w obsłudze klienta. Jak się pracuje wciąż w ten sam sposób to odpowiada się na te same pytania.
– Może by tak coś zmienić?
– Przecież wszystko dobrze funkcjonuje, po co zmieniać? Zmiany przynoszą koszty, nie możemy narażać na to firmy.

Od kiedy to przejmowała się ona zasobami firmy? Jej finansami i programem oszczędnościowym?
Od kiedy ta zołza zaczęła tutaj pracować nic nie można było zmienić, jesli to nie ona na to wpadła. Dosłownie wszyscy dupę jej lizali. A jej było tak dobrze jak było. Większość czasu i tak nie było jej w pracy, bo jej dzieci nie wytrzymywały dwóch tygodni bez złapania jakiegoś wirusa, przychodziła później niż wszyscy i jej cholera jasna było wolno! Bo tak się z szefem umówiła.

A ona sama nie mogła się na nic z szefem umówić, bo jej pomysłów szef po prostu nie tolerował, bo miała według niego zbyt wiele za nowoczesnych metod pracy, które nie były sprawdzone w praktyce, więc nie wiadomo jak funkcjonowały, więc lepiej było jej nie słuchać. Bo po co narażać firmę na koszty jeśli okaże się, że się nie sprawdzą?
A sama nigdy w życiu nie była dobra w podlizywaniu się. I może właśnie dlatego, a nie z innego powodu źle czuła się w tym piekielnym miejscu pracy. Bo tutaj trzeba było się podlizywać.

Jak to wyszło, że przestała żyć w zgodzie z bossem? No cóż, chyba po prostu byli dla siebie za bardzo toksyczni. Oboje uparci. On konserwatywny, ona przez cały czas do przodu. On nie tolerował ludzi ze zbyt wielka ilością własnej woli, ona nie lubiła tańczyć tak, jak inni grali.

I tutaj był pies pogrzebany.
Na zawsze?

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *