załamanie nerwowe
Codzienność

Załamać się nerwowo i wyjechać do Tajlandii.

– Czytałaś w gazecie o tej kobiecie co się wypaliła, a potem wyjechała do Tajlandii?
– Nie.
– Jej mąż też, wpadł tak mocno, że nie pamiętał nawet, jak się nazywa. Sprzedali wszystko, dosłownie wszystko: dom, żaglówkę i wyprowadzili się do Tajlandii. Mieszkali tam kilka lat, a teraz ona mieszka na Rodos i sprzedaje swoje kursy internetowe.

 

– Aaa…, teraz jak mówisz Grecja i kursy to wiem już co to za jedna. Czytałam o niej jakiś czas temu na jakimś portalu. Ona nazywa się samą internetowym nomadą, czy czymś podobnym.
– No właśnie.
– Taka ucieczka to coś, ale ja bym tak nie chciała, nie do Tajlandii w każdym razie.
– Wiele osób tak robi.
– Rozumiem gdzieś w las, w Bieszczady, żeby ciszy poszukać. Co prawda w Tajlandii też można ją na pewno znaleźć, ale po co aż tak daleko?
– Może lubili Tajlandię?
– I musieli najpierw się wypalić, żeby na to wpaść?
– No właśnie.
– Wiesz, to jest dobre, jacy my jesteśmy pokręceni. Dlaczego najpierw życie musi dać nam w dupę, żebyśmy mogli otworzyć oczy? Latamy, ganiamy, nie wiadomo za czym. Jeszcze jedna torebka, jeszcze jeden najnowszy telefon, tablet, telewizor, najnowszy samochód. Na łeb, na szyję z wywalonym jęzorem, zostajemy po godzinach w pracy, by móc sobie sprawić nową sukienkę, albo złote spinki do koszuli, po jasną  to cholerę?
– Kto nosi dzisiaj złote spinki do koszuli?
– Czepiasz się. Akurat nie konkretnie o spinki mi chodzi, ale o sam fakt zakupów.
– Zakupy nakręcają gospodarkę.
– Tak, ale to idź do kina, kup kwiaty żonie, kup sobie jakiś kurs, coś, co się zużywa, albo jest niematerialne. Naprawdę warto jest się użerać w pracy 12 godzin, tylko po to, żeby założyć na nos najnowsze Ray Bany?
– Niektórzy muszą się użerać, inaczej stracą pracę.
– To też jest głupie, boimy się stracić pracę i dlatego nie mówimy szefowi nie. Nakłada na nas coraz więcej obowiązków, a my na to nic, tylko zapieprzamy. Boimy się stracić pracę, ale nie boimy się stracić zdrowia. A skoro nie mówimy nie szefowi, to jemu się wydaje, że jesteśmy nie do zdarcia. Skąd on może wiedzieć, że zgadzamy się tylko ze strachu, a nie z potrzeby bycia nakręconym?

Sama pamięta, jak w jej pracy szef dokonał podziału obowiązków w obsłudze klienta. Koleżanka dostała zagranicę i coś tam jeszcze, a ona sama krajowych klientów. Lista klientów koleżanki zajmowała 3/4 kartki A4, jej lista mieściła się na czterech arkuszach A4. Nie powiedziała wtedy nic, i tak miała z szefem już na pieńku. Wiedziała, że jej nie lubi, a ona sama była samotną matką i potrzebowała pracy blisko domu. Postanowiła natomiast uwierzyć w siebie, że zdąży, że da radę i udowodni szefowi, że jest zdolna. Miała dobre kontakty z klientami. I tak wielu z krajowych klientów już wcześniej chciało załatwiać interesy tylko z nią.

Przeliczyła się jednak. Już następnego dnia jej telefon dzwonił nieustannie, nie miała w ogóle czasu na to, by wpisać zamówienia do komputera, nie mówiąc już o tym, by wysłać je do magazynu. W końcu Stefan z magazynu zaczął dzwonić z pytaniem, gdzie są listy, a ona już pierwszego dnia nowych obowiązków zobaczyła panikę w oczach. Zadzwoniła do przedszkola, że przyjdzie pół godziny później niż zwykle. ” Spokojnie”, to pierwszy dzień, jutro zorganizuję się lepiej.”
Następnego dnia zaczęła nadrabiać poprzedni dzień i wpisywał do komputera odłożone na bok zamówienia z poprzedniego dnia, które nie były naglące. Odłożyła słuchawkę i ukryła pod stosem papierów, by udawać, że rozmawia przez telefon. Ale szybko położyła ją z powrotem, kiedy usłyszała na korytarzu groźne pomrukiwania Kariny z recepcji, że „Do jasnej cholery, dlaczego nikt w obsłudze klienta nie odbiera telefonów…?” Poczuła ciężkość w żołądku, która zaczęła szybko przesuwać się w stronę gardła. Strach.
Resztę dnia spędziła na rozmowach telefonicznych z klientami, które starała skracać się do minimum, by zdążyć zarejestrować zamówienia. Kolejne dni spędziła na podobnej pogoni. Koleżanka spędzała czas na „ważnych rozmowach” z szefową od eksportu i wertowaniu skoroszytów. A ona sama zaczynała zastanawiać się czy lepiej narazić się przedszkolankom, że się ciągle spóźniała, recepcji, że nie odpowiada na telefony, klientom, że zamówienia nie są dostarczane na czas, czy też szefowi…

Po kilkunastu tygodniach takiej pogoni z nienawiścią w oczach spojrzała na brzęczący niemiłosiernie telefon, wstała nie bacząc na sypiące się kartki z biurka i zamknęła się w toalecie. Słyszała biegającą po korytarzu Karinę, ale jej było wszystko obojętne.  Miała już za sobą wizytę u lekarza, który przepisał jej „tabletki szczęścia”, bo przecież to było normalne, że wiele osób je zażywa. Mdliło ją niemiłosiernie, była niewyspana, czuła się obolała na całym ciele i zżarta przez stres.

„Nie! Nie pozwolę na to! Nie wsadzą mnie do szufladki depresji i wypalenia” Wyrzuciła pigułki do kosza, zagarnęła włosy za uszy, cichutko otworzyła drzwi toalety, podniosła słuchawką telefonu i w bardzo powolnym tempie przyjęła zamówienie, podziękowała, życzyła miłego dnia i zanim odłożyła dokładnie słuchawkę dokończyła zapisywanie adresu. Nie podskoczyła jak oparzona na dźwięk kolejnego dzwonka z telefonu, ułożyła równiutko kartki z zamówieniami i popatrzyła na telefon: „Nie dzwoń przez chwilkę proszę”….

Ciąg dalszy nastąpi…

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *