codziennosc
Codzienność

Myśli codzienne…

Usiadłam na chwilę w lotosie – w jakim tam lotosie..? – tak naprawdę to nigdy nawet go nie spróbowałam wykonać – usiadłam więc po turecku, wypreżyłam mój obolały kregosłup i kark, dłonie położyłam na kolanach – wcale mi nie było wygodnie…., ale w tej pozycji podobno miało być wygodnie, żeby medytować…,hm….
Przymknęłam oczy i nie wiedziałam od czego mam zacząć. Zrobiło się błogo i sennie. Miałam pozwolić przepływać swobodnie myślom, nie odganiać ich a jednocześnie spróbować nie myśleć.

Ale w glowie powstał tylko chaos – dopadła mnie oczywiście panika, że nie mam za dużo czasu na medytowanie, bo wlaśnie pralka skończyła wirowanie i trzeba będzie wszystko  z niej wywiesić, bo inaczej pranie będzie pogniecione jak poleży i narobię sobie roboty z dodatkowym prasowaniem. A już i tak góra prasowania straszyła od wielu tygodni.
Przypomniało mi się też, że miałam przyszyć guzik do spodni, które chciałam jutro założyć, a których nie miałam na sobie już od wielu tygodni właśnie z powodu braku guzika. Poza tym miałam umyć buty, bo padało,a  ja idąc z pracy wlazłam w błoto, bo przecież ruch to zdrowie więc chodzę, a po drodze  mam akurat taki rozjeżdżony kawałek. Na dodatek to właściwie nie wiem co przygotować jutro na obiad. Po zakupy nie bardzo miałam ochotę iść, chociaż może mogłabym wykorzystać – przecież wezmę jutro samochód, żeby jechać do fizykoterapeuty z moim biednym kręgosłupem…
No właśnie – samochód wygląda przecież jak ptasia toaleta i trzeba było go umyć, bo wstyd z takim brudasem się pokazywać, ale u fizykoterapeuty parking jest pod drzewami a widać ptaki nie odleciały jeszcze do ciepłych krajów chociażby dlatego, że postanowiły systematycznie srać właśnie na mój samochód.

Z medytacji nie wyszlo więc nic dobrego. Odegnałam wszystkie myśli, przeciągnęłam się jak kot, żeby rozciągnąć mięśnie  i wróciłam do codzienności.
Za oknem było już bardzo ciemno i nieprzyjemnie więc nie było nawet mowy o żadnym spacerze, nie mówiąc już o łapaniu światła dziennego. Ponownie dzisiaj nic z tego nie wyszło, bo kiedy szłam do pracy było ciemno, kiedy wracałam było jeszcze ciemniej więc… Teraz – na spacer w egipskich ciemnościach też nie miałam ochoty iść. I tak oto  kolejny dzień przeciekł przez palce z powodu niewyrobionej normy w intwestowanie w siebie.

Ostatecznie zawsze mogłam nalać sobie wannę pełną wody i urzadzić domowe SPA – to też dawało korzyści – oddać się relaksowi w wodzie pełnej soli i minerałów, które błogo wpływały na skórę, ukrwienie i…  duszę.
Chociaż…. – pełna wanna wody z kolei nie była dobrym rozwiązaniem w ochronie środowiska…

…wsypałam trochę soli kuchennej, zamieszałam pianę z płynu, który według producenta miał pachnieć lawendą. Przez chwilę pomyślałam o fioletowym barwniku, żeby było też coś dla oka, ale ani barwnika do ciast, ani do tkanin, ani w ogóle żadnego nie było w domu. Zapaliłam pachnącą świeczkę i zanurzyłam się w  wodzie.

Uspokoiłam się. Woda była ciepła i przyjemna. Chociaż coś udało mi się zrobić tego dnia dla ducha, dla mnie samej… Na pewno po takiej kąpieli poczuję się lepiej a wszystkie problemy sie rozwiażą. .. Nadejdzie nowy dzień, nowe możliwości, nowe rozwiązania…

Wyszło jednak na to, że godzina tylko zrobiła sie późna i było już za późno na wszesne położenie sie spać – żeby zasnąć przed 22-gą. Bo najlepszy sen jest przed tą właśnie godziną. Policzyłam godziny i stwierdziłam, że znowu nie wystarczą one żeby całkowicie odpocząć, nasycić się snem i obudzić pełnym energii.
Energia ponownie w swej wędrówce ominie mnie, rano nie dam rady wstać, doczłapią się jakoś do pracy a potem będę nieefektywna i kiedyś w końcu padnę… Ale kogo to obchodzi?
Na pewno nie rządzącą opiekuńczą partię socjaldemokratyczną, która bawi się w rodziców dla reszty społeczeństwa , ale tylko na tych frontach, na których jej samej pasuje…
A każdy z nas  i tak sam sobie rzepkę skrobie…

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *