Codzienność,  Rodzicielstwo

Kolejny wybryk nastolatki

Aż sama się zdziwiła, że zachowała zimną krew.

Najpierw wpadla w panike: pogotowie, lekarz, szpital – nienawidziła szpitali, nienawidziła pogotowia. Nienawidziła jeździć do szpitali, szukać parkingu, płacić za parking, szukać oddziału, płacić za wizytę i czekać, i czekać, i czekać. Tłumaczyć dlaczego i po co, i czekać. Nienawidziła szpitali – dlatego sama trzymała się zdrowa.

Nie potraktowała tego jako próbę samobójstwa, ale raczej za kolejny punkt w wybrykach nastolatki. To też widocznie było na jej liście, to też trzeba było zaliczyć.

W tym punkcie, w tym momencie szukała szybko możliwości, żeby ktoś to rozwiązał za nią, albo może to sen, może tak naprawdę nigdy się to nie stało. Obudź się, no właśnie obudź się i przyjmij do wiadomości, że to się stało. Weź byka za rogi, bądź dorosła, przecież nikt za ciebie tego nie zrobi. Ale czuła, że potrzebowała wsparcia, psychicznego, fizycznego, mentalnego – obojętnie jakiego – byle nie musiała robić tego sama. Ale musisz zrobić to sama. Ktoś musiał zostać przecież z psem, a w kominku płonął świeżo rozpalony żywy ogień. To w końcu była jej córka, jej odpowiedzialność. Jej cholerna odpowiedzialność matki.

Zacisnęła zęby – jeszcze ten jeden raz – ostatni już raz tym razem – na pewno ostatni. Potem wszystko się ułoży. Potem wszystko sie uspokoi. Potem wszystkko już będzie normalnie.

Wieczór był mroczny i deszczowy a na autostradzie nadzwyczaj dużo samochodów jak na niedzielę. „Jedź człowieku, jedź” –  poganiała tych przed sobą – „Nie zaszkodzi jak pojedziesz 15 km szybciej niż możesz, nie bedziesz tylko blokować ruchu w ten spsób, a jak ci się nie spieszy, to spieprzaj na inny pas ruchu niedzielny kierowco”.

Mimo deszczu, mroku i potwornego ruchu dotarła dość swobodnie do szpitala. Intuicyjnie wjechała na właściwy parking szpitala, który miał więcej oddziałów, wejsc i korytarzy niż ona musiała mieć cierpliwości przez ostatnie miesiące. A parking więcej pięter niż mogła w tej chwili je liczyć. Zaparkowala na jednym z nich nie zastanawiajac sie bardziej skierowala w kierunku, w ktorym wszyscy szli.

Winda, jedne drzwi, drugie drzwi, długi korztarz, jeszcze jedne drzwi – czytała spokojnie szylty jeden po drugim i szła do przodu patrząc jednocześnie czy Julia podąża za nią. W końcu popchnęła przed sobą ostatnie, szklane, ciężkie drzwi i za chwilę stała przed pielęgniarką.

– Córka zjadła trochę za dużo tabletek – powiedziała spokojnie. – Dziesięć sztuk Prozac, 10 sztuk Diklofenak, z tego co ja wiem. Reszty nie wiem, czy jeszcze coś. Tyle powiedziała.

Obojętność, zimna krew, koncentracja, opanowanie myśli. Nie dać się ponieść uczuciom. Jakim uczuciom? W tej chwili nie było w niej żadnych uczuć – pustka, zimna krew, ale jednocześnie beznadziejność. Może to właśnie ona sprawiła, że nie znajdywała słów, żeby cokolwiek powiedzieć, gestów – by cokolwiek zrobić. Działala po prostu jak robot, bo wiedziala, ze musi zadzialac, że w tej chwili było to jej obowiązkiem.

Dojechała do szpitala, zaparkowała, odnalazła właściwy oddział – dostarczyła niedoszłego samobójcę do lekarza – wypełniła swój rodzicielski obowiązek – kolejny pieprzony obowiązek rodzica jeszcze jednej rozbrykanej nastolatki .

– Ile ważysz? – zwrociła się do Julii.

– Sześćdziesiąt – nie skłamała, nie zaniżyła swojej wagi, więc może jest jednak świadoma tego, co mówi, i tego co robi…?

Pielęgniarka notowała spokojnie wszystko w komputerze – nie poderwała się gwałtownie i nie wołała o pomoc lekarza, nikt nie wpadał w panikę, nikt nie poganiał, nikt nie biegł z łóżkiem, ani z kroplówką w ich stronę więc może nie było tak źle i niebezpiecznie. Może wszystko pójdzie szybko, może nie zostawią jej w szpitalu, może jutro będzie mogła iść do szkoły i wszystko powróci do normy.

Do normy? Do jakiej normy? Co było teraz normą? Czyją normą? O ile takowa mogła w ogóle w ostatnim czasie istnieć? Jej normą? Bo normą dzisiejszych nastolatek było się truć, palić papierosy i zalewać wszystko alkoholem kradzionym z półki w supermarkecie… Nie mówiąc już o uprawianiu seksu pomiedzy tym wszystkim.

Boże kochany – świat chyba zwariował, albo ja.

Najchętniej w tej chwili usiadłaby w kąciku, Zacisnęła pięści i zęby, i się wypłakała. Ale po co? Co by to dało? Nie mogła jako matka w tej chwili okazywać słabości. Matki nastolatek nie mogą być słabe, bo inaczej przyjdzie pomoc społeczna i zabierze dzieciaka matce, która nie jest w stanie dzieckiem się zaopiekować i pomóc w każdej sytuacji życiowej. Matka nastolatki musi być silną matką, silną żoną, silną kobietą i silnym cyborgiem…

A z drugiej strony?
To przecież tylko trening, wyzwanie – i kto powiedział, że nie ma właśnie tak być, że ma być inaczej?

Od razu zostały umieszczone w pokoju – więc to jednak było poważne , inaczej czekałyby w poczekalni. Ale może właściwie nie było dużo ludzi? Nie wiem, nie będę panikować – pomyślała – Nie spanikowałam do tej pory, mogę dalej  zachować spokój – całkiem nieźle mi to wychodzi –  trening czyni mistrzem… Tylko ciekawe jak długo będziemy tutaj czekać – jakoś nie wyglada, żeby ktoś tutaj się śpieszył. Więc to jednak nie jest poważne – oj jak dobrze, może niedługo pojedziemy do domu. Zaczynała robić się głodna – był czas na kolację….

 

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *