zmarnowanie zycia
Codzienność,  Zagubienie

Jak świadomie marnujemy swoje życie.

Piątek, kochany piąteczek. Na ten dzień czekała bardzo długo. Już w poprzednim tygodniu zaplanowała, że zasłużyła na wcześniejsze wyjście z pracy. W końcu narobiła się nieźle przez ostatnie tygodnie będąc bardzo efektywną. Oczywiście powiadomiła wszystkich w miejscu pracy, że zamierzała urwać się wcześniej tego dnia,  by nie było potem, że przecież nie wiedzieli….
Rozplanowała sobie dokładnie co zrobi a co odpuści sobie tego dnia, uporządkowała wszysko, żeby zdążyć do 14.00 kiedy to  planowała iść do domu.

– Jedziecie gdzieś, że chcesz iść wcześniej?
-Nie, po prostu chcę mieć dłuższy weekend. Jestem bardzo zmęczona, czuję że potrzebuję odpoczynku. Ostatnio miałam strasznie dużo pracy.
– Acha.. – jednak odpowiedzią był raczej pytający wzrok, który mówił: „naprawde tak dużo pracy? Nie zauważyłam”. „No pewnie, bo cały czas siedzisz zamknięta w swoim pokoju, a jak ja drzwi zamknę to od razu jest wizytacja, drzwi się szeroko otwierają, by wszystkie przeciągi świata mogły przelatywać tutaj i takie już pozostają”.

Odwróciła się i poszła, nie miała ochoty tłumaczyć.  Już  dawno przestała to robić. Wiedziała, że ona i szefowa nadawały na różnych falach. Że nawet kiedy wydawało się, że się rozumiały, wcale tego nie robiły. Od całkiem niedawna zaczęła odmawiać, nauczyła się mówić nie. „Nie, nie zdąże teraz. Teraz mam inne rzeczy do zrobienia, może później, albo jutro – widziała zdziwienie, szok  w tych oczach. To dawło jej satysfakcję: dobrze, bardzo dobrze – przyjmij do wiadomości, że ja nie jestem cyborgiem i nigdy nim nie będę ze względów ewolucyjnych z czego też jestem bardzo szczęśliwa.

Telefon z recepcji. – Sluchaj, Viola nie przyjdzie, jej syn jest chory.

–  Ok, –  bo co miała powiedzieć?! Cała perspektywa zaplanowanego wspaniałego, wolnego piątkowego popołudnia prysnęła. Postanowiła nie irytować się, nie złościć, nie wściekać. Niech żyje piątek! Uśmiechnęła się do recepcjonistki a potem ogarnęła ją tylko beznadziejność… – i rozgoryczenie, opadły jej ręce.
I po co się starać i planować skoro i tak ktoś inny może wszystko popsuć? Po jasną cholerę do diabła pieprzonego?!

Wiedziała, że jeśli pójdzie wcześniej narobi sobie tylko dodatkowej pracy w poniedziałek. Na fakturach w poniedziałek trzeba będzie zmienić datę, na biurku znajdzie tylko stos papierów  z notatkami od innych, a skrzynka będzie tylko pełna pozostawionych wiadomości: zadzwoń tu, zadzwoń tam.

To nie chodziło o lojalność wobec zakładu, to słowo straciło już dawno na wartości, nikt nigdy za lojalność jej nie podziękował – co by było miłe; nikt nigdy jej nie dostrzegł, więc po co? Nie chciała robić sobie dodatkowej roboty. Bo nawet jeśli zostawi to w piątek, zostawi to potem w poniedziałek to narośnie na wtorek itd. I nawet za sto lat nikt za nią tego nie zrobi, bo nikt inny nie umiał tego robić,  a niezadowoleni klijenci będą dzwonić do niej z pytaniem co się stało a nie do szefa. Szkoda.
Nikt nigdy nie zrozumie, że miała za dużo pracy, że nie nadążała, że stała się tylko chora, zestresowana i zmęczona. Chyba, żeby się wypaliła.
Ale raz, że w to i tak nikt by nie uwierzył, nie zauważył i nie potraktował na poważnie. Przecież była cyborgiem, a cyborgi się nie wypalają. A dwa – ona sama nie miała na to ochoty, to było jej życie i marnowała je w tej chwili już wystarczająco. Dlaczego na dodatek miała się skazywać na zagładę? Na lata nieistnienia?

Musiała się trzymać, żeby się nie zatracić, bo musiała mieć siły by dojść tam, gdzie dojść zamierzała. Musiała być silna inaczej czekały na nią środki antydepresyjne, cztery ściany domu i wydobywanie się z dołka a nie tylko ze ślepego zaułka. A na to nie miała ochoty, bo wiedziała, że nie otrzyma pomocy od tych, którzy w ten dołek ją wpakowali. Że stamtąd wychodzić będzie tylko i wyłącznie sama. A życie jest za krótkie by tracić w nim czas na wypalanie, depresje i inne tego typu stany.
O nasze życie sami musimy dbać, nikt inny za nas tego nie zrobi.

– Jest druga, miałaś przecież iść.
– Wiem, ale jest praca do zrobienia. Nikt tego za mnie nie zrobi.
-Moge odpowiadać na telefony.
-Wiem, dziękuję. Ale są inne rzeczy do zrobienia, które będę musiała robić podwójnie w poniedziałek. Jak będę z tym gotowa to pójdę.

W tym miejscu pracy panowało przedziwnie przekonanie, że jej pracą było tylko odpowiadanie na telefony. Kiedy tego nie robiła był krzyk. Kiedy to robiła nie mogła zrobić nic innego, ale wtedy krzyku już nie było. Było zdziwienie : „Jak mało dzwoni?” prawdopodobnie z podtekstem – tzn. że nie masz co robić…

Boże świety, dzień, w którym uwolni się od tej pracy będzie jednym z najpiekniejszych dni jej życia….

Godzina była po trzeciej kiedy uporała się z najważniejszym, odetchnęła z ulgą, bo telefonami nie miała już zamiaru się przejmować. Postanowiła, że pójdzie do domu chociaż teraz to już nie było to samo.
Za oknem było przeraźliwie ciemno.
Wściekła była na tę pracę, na siebie, że nie potrafiła olać, że nie umiała się nie przejmować. Na jej współpracownicę, która urodziła dzieci, które ciągle były chore. Na firmę, że zatrudnili właśnie ją.  Na klimat, który powodował, że łatwo było zachorować, na ciemność, która zapadła już za oknem i nie pozwalała czuć, że wcześniej idzie się do domu, na pracę, na brak możliwości, na wyzysk człowieka przez człowieka i na cały świat….

W końcu na samą siebie, że trwała tutaj, że nie robiła niczego, żeby się stąd wyrwać. Że czekała na cud, że liczyła na cud – jakby nie wiedziała, że tego typu cudów nie było.  Że trwała w tym a przez to marnowała swoje życie – zupełnie świadomie….

Facebook Comments

2 komentarze

  • Sempeanka

    oooooo jakby na temat i stworzone dla mnie 🙂 szukam dziś sposobu na odstresowanie przed monitorem, a wnioski bohaterki prawie jak moje 🙂 Czy będzie ciąg dalszy ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *