Bo się uczepiła jak rzep psiego ogona…

Bardzo się cieszyła, że w końcu będzie miała angielski w szkole. Do tej pory mogli się uczyć tylko rosyjskiego, a angieleski był dopiero w szkole średniej. I teraz nadszedł jej czas… Zwłaszcza, że nauczyciel był fantastyczny, dobrze i interesująco uczył i wszyscy go lubili.
Już podczas wakacji Ania rozłożyła książki i czytała, uczyła się słówek…

Po dwóch tygodniach po rozpoczęciu nauki dostali inną nauczycielkę, która sama przyznała, że angielskiego za dobrze nie umiała…., po kilku miesiącach dostali inną nauczycielkę, która gadała trzy po trzy i… czy ja wiem, czy to był angielski…. ?
Potem ktoś powiedział: „Po co uczyć się języków obcych, niedługo będę takie maszynki, co się będzie nosić na ręku i one będą wszystko tłumaczyć…. ” No więc po co?
Uwierzyła.
Zaczęła oczekiwać maszynek – tłumaczy.
Przestała się uczyć angielskiego, bo po co – zresztą nie było od kogo…

W tym samym czasie w innym miejscu kraju babcia Ewy powtarzała jej, że język wroga trzeba znać. Trzeba znać i to koniecznie jeśli chce się przeżyć.
A babcia i jej przodkowie mieli dwóch wrogów.
Kiedy armia radziecka wkroczyła do wschodnich rejonów Polski rodzina zrobiła wszystko, żeby stamtąd uciekać. Cudem udało im się uciec na Zachód, ale tam spotkali kolejnego wroga.
Więc babcia miała dwóch wrogów i od najmłodszych lat Ewy powtarzała jej, że język wroga trzeba znać.
To była taka mantra.

Ewa w nią uwierzyła.

I Ania i Ewa uwierzyły w słowa innych, przyczepiły się do nich – po prostu, akurat tych słów – nie innych wypowiedzianych przez tysiące innych spotkanych osób w ich życiu. Ale właśnie te słowa wpłynęły na ich życia…

Ania nie umiała przez to żadnego języka.
Ewa umiała płynnie i rosyjski, i niemiecki.

Iwona

Iwona