Dzien który zmienił życie
Codzienność,  Wybaczanie

Bo mama mnie nie kochała*część 4

Przeczytaj porzednią część by wiedzieć o co chodzi TUTAJ


‎- Co się wtedy stało?

– Nie pamiętam, jakiś rolnik widział mnie biegnącą przez pole – upadłam w błoto, uderzyłam w gruzdę, straciłam przytomność, skręciłam nogę i złamałam nadgarstek. Zawiózł mnie traktorem do szpitala. Przez dwa dni nic nie mówiłam. Nienawidziłam jej, że zniszczyła mi życie…
– Było ci przykro…
– Przykro? Byłam wściekła! Tak wściekła, że nie mogłam mówić. Oskarżałam ją za to, co się stało. Za to, że nie mogłam być normalna w szkole, że nie miałam normalnego domu, tylko mieszkałam w instytucji, że byłam popychana w szkole, że nie otrzymałam od niej miłości, że nigdy mnie nie przytuliła…. – nienawidziłam jej z całego serca… – przez dwa dni.
– A potem? Przeszło ci?
– Potem  przywieźli na nasz oddział Ewelinę – po wypadku, najechał na nią pijany kierowca, jak wracała ze szkoły. Nie dosyć, że urodziła się bez prawej dłoni, to jeszcze wpadła pod samochód. Miała pocharataną twarz, zgniecione ucho i chyba cudem wyszła żywa z tej sytuacji. Wiesz – ona ledwo zipiała a śmiała się jak przychodzili do niej rodzice, powtarzała cały czas, że jest wdzięczna, że może żyć.  Że może żyć – ale co to było za życie… – bez ręki, bez twarzy, bez nadziei i możliwości. A jednak….
Zaczęłam porównywać, zaczęłam zastanawiać się czy chciałabym się z nią zamienić, bo ona miała rodziców, ale nie miała dłoni i nigdy nie będzie jej mieć…

Na oddziale była pielęgniarka, która się mną opiekowała – gadała przez cały czas, ale ja nie chciałam jej słuchać. Po Ewelinie zaczęłam to robić, zmiękłam – to był jej pierwszy rok pracy. Była cała w skowronkach, że mogła pracować, pomagać ludziom i przynosić ulgę jak to nazywała – to dawało jej możliwość spełnienia się. Kochała ludzi i chciała im pomagać.
– To cudownie lubić swoją pracę.
– Była z domu dziecka…. I kochała ludzi… Jej mama zostawiła ją jak miała dwa lata, uciekła z jakimś facetem do USA i ślad po niej zaginął. Ojciec był alkoholikiem, bił ją, zostawiał samą godzinami w domu, nie dawał jeść, ktoś powiadomił opiekę społeczną i tak trafiła do domu dziecka. Wkrótce ojciec zresztą zmarł – wątroba nie wytrzymała jego pijaństwa. Przez pierwsze lata pobytu w domu dziecka chodził za nią obraz pijanego ojca i matki, która kiwała do niej na pożegnanie.
Ale to był jakiś eksperymentalny dom dziecka i mieli dobrego psychologa, który pomógł jej bardzo. Ja nawet nie wiedziałam wtedy, kto to jest psycholog…
Wiesz, że potrafiła zostawać po swoim dużurze  i rozmawiać ze mną godzinami? Opowiadała o domu dziecka, o tym jak była popychana w szkole, o tym, jak wieczorami piekła z kucharką ciasto, zbierała nasiona z polnych kwiatów na łące, by potem zasiać je na grządkach przed ich domem dziecka, i jak szydełkowała ubranka dla lalek dla młodszych dziewczynek. Jak przynosiła każdego ranka świeży chleb z piekarni, pomagała w lekcjach młodszym – jak uczyła ich czytać…
O tym jak w domu dziecka była epidemia grypy a ona pomagała wszystkim, roznosiła jedzenie, pomagała iść do toalety, zmieniała pościel i jak wtedy postanowiła zostać pielęgniarką.
Jak jej koleżanka z klasy zmarła na białaczkę. Jak dodarło do niej jakie to życie jest małe i jak nieważne jest to, co otrzymujemy od innych, a jak ważne jest, że możemy i ile możemy my sami dać innym, i ile możemy dać samym sobie.

Pomyślałam wtedy o Ewelinie, która rozdawała śmiech wszystkim dookoła, mimo iż nie miała ręki. Wszystkie pielęgniarki biegały do niej, nawet sprzątacza zagadywała. Mnie nikt nie widział, bo nie chciałam mówić… Czy chciałam się z nią zamienić? Nie, bo ja byłam zdrowa – miałam dwie ręce, dwie nogi, uszy, oczy i zdrową twarz. A to, że nie miałam rodziców? Nie byłam kochana…, ale ja mogłam kochać – tego nikt nie mógł mi odebrać. Mogłam pomagać innym, mogłam być wdzięczna za to, co mam – bo miałam tak wiele – zdrowie i możliwość ukształtowania swojego życia takim, jakim chciałam, żeby było. Możliwości wyborów – tego nikt mi nie mógł odebrać, Ewelinie też…

To były dni, które zmieniły moje życie.
Te intensywne wydarzenia i spotkania tamtych dni dały mi do zrozumienia, że byłam egoistką. Myślałam tylko o sobie, co dostałam i czego nie dostałam. Chciałam miłości rodziców, chciałam, żeby w szkole inni mnie lubili, żeby nie nazywali mnie bękartem, chciałam być kochana i lubiana, bałam się przyszłości, bo nie miałam rodziców, którzy by mi ją zorganizowali…., a co dawałam od siebie? Nic – tylko chciałam  dostawać od innych, żeby innym było mnie żal tylko dlatego, że mama mnnie nie kochała….
A kim ona była? Co ona dawała innym? Nic. Dlatego nie miała prawa niszczyć mi życia. Nie niszczyła – sama to robiłam zwalając na nią winę, bo potrzebny był ktoś winny, bo tak było łatwiej…

Postanowiłam, że jeśli chciała bym w życiu cierpiała to jej się to nie uda. Postanowiłam, że będę kimś, bo miałam ku temu możliwości – byłam zdrowa, miałam ręce i nogi, mogłam czytać, słuchać , uczyć się, mogłam sama nadać kształt swojemu istnieniu. I że jeśli ja tego nie zrobię, to nikt inny tego dla mnie nie uczyni. Bo to było moje życie i tylko ja za nie byłam odpowiedzialna, nie ona…
I mogła mnie nie kochać – już nie robiło to na mnie wrażenia….

 

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *