Przeszłość
Codzienność

Bo mama mnie nie kochała…

I dlatego dzisiaj mi nic w życiu nie wychodzi….

Patrzyła na siebie w lustro – gruba okularnica ze zniszczoną, szarą,  zmęczoną twarzą…
Za nią nieudane małżeństwo, poronienia, przeprowadzki, zmiany pracy… – zmarnowane życie…
Nigdy nic jej się nie udawało – więc po co żyć skoro życie było w cztery litery…? To tylko szarpanina, strach, stres, szarość, walka, monotonia…

Wyjrzała przez okno….
Po drugiej stronie ulicy śliczna brunetka w znowu nowym sztucznym futerku wsiadała do błyszczącego nowością samochodu. Włosy miała piękne, długie, twarz jasną, zdrową a uśmiechnięte usta szczebiotały coś szybciutko do telefonu. Na tylne siedzenie rzuciła zgrabnie torebkę – to musiała być jej kolejna nowa torebka – i wciskajac się z futerkiem za kierownicę odłożyła na bok telefon.

Obserwowała ją tak czasami i podziwiała jej nieznaną sąsiadkę. Wprowadziła się tu całkiem niedawno i wywołała napływ zazdrości, i jeszcze większą refleksję nad nieudanymi istnieniami. I nad tym jakie to życie było niesprawiedliwe, że dzieliło pomiędzy wszystkich swoje dostatki tak nierówno…

Zazdrościła jej: radości, zdrowia, uśmiechu, samochodu i na pewo wspaniałego życia. Takim to dobrze…, urodzeni w czepku, kochani przez rodziców, uwielbiani w szkole, szczęściarze na każdym kroku. Pewnie trochę zarozumiała, no bo jak tu nie być skoro ma się wszystko?

No cóż – życie było podłe czasami…

Ubrała się w to, co niemal zawsze – rozkloszowaną lekko spódnicę i stary prochowiec. Może by sobie i kupiła coś nowego, ale po co? Dla kogo? I tak nikt nie zauważy…

W przerwie na obiad postanowiła wyjść na chwilkę z pracy i pooglądać sklepowe witryny na głównej ulicy. Pracowała w samym centrum i mogła zawsze zmieszać się z pędzącym tłumem, by stać się niewidoczna. Bo kto miałby zwracać uwagę na jej szarą spódnicę, beżowy prochowiec i włosy ściśnięte mocno w kok, okulary i zaciśnięte usta… Nie chciała być widoczna, pomyśl gdyby ktoś od niej coś nagle chciał. A tak bezpiecznie mogła iść sobie dalej…

Zatrzymała się najpierw przed sklepem z torebkami: O ta czerwona była nawet ładna…, ale czerwona? Szara byłaby lepsza, praktyczniejsza… ,ale co tam… – nie potrzebowała przecież nowej torebki…
Następna była księgarnia – jaki tłum….., ludzie wchodzili i wychodzili, tłoczyli się przed wejściem, przepychali w drzwiach, szczebiotali do siebie z zadowoleniem pokazując na jakąś książkę…

Wszyscy trzymali w ręku tę samą książkę…
W oknie wystawowym wisiał wielki kolorowy plakat: „Zapraszamy! … autorka podpisuje dzisiaj swoją autobiograficzną książkę pod tytułem: Bo mama mnie nie kochała. Nie przegap!”
Pod wpływem jakiegoś nieznanego impulsu skierowała się w stronę drzwi i została przesunięta do środka przez nadchodzące osoby… Dawno nie była w księgarni, dawno nie kupiła żadnej książki, ba, nawet nie czytała… – bo po co? W książkach był tylko wyimaginowany świat, który kłamał na temat rzeczywistego życia… Nie był prawdziwy – po co się więc oszukiwać???

Wewnątrz pachniało świeżym papierem – „miło tutaj” – pomyślała. Na środku za tłumem przede wszystkim kobiet w różnym wieku stał stół zastawiony książkami. Po drugiej stronie stołu siedziała kobieta i podpisywała książkę. Uniosła głowę i z szerokim uśmiechem, przez który przepłynęły jakieś słowa podała książkę osobie pierwszej w kolejce.
„Jaki uśmiech? W kierunku obcej osoby? A może się znają….?”
Ale zaraz, zaraz, ten uśmiech coś przypominał, był całkiem znany, te szczebioczące usta, te ciemne włosy…
Czyżby to była jej sąsiadka? Czyżby jej sąsiadka była pisarką?
No pewnie – teraz wszystko jasne. Jak nie być zadowolonym z życia, kiedy jest się znaną pisarką???

Ustawiła się w kolejce. Skoro to autobiografia to musiała pisać o swoim życiu. Właściwie to nie wiedziała czy da radę czytać o tych wszystkich ochach i achach, o jej idealnym życiu, kochających rodzicach, pięknym domu, cudnym ogrodzie, prywatnej szkole i wakacjach w ciepłych krajach…
Ale cóż – dawno nie czytała książek a i warto wiedzieć z kim mieszka się na tej samej ulicy – jaby co…

– Dla kogo mam złożyć wpis? – zapytała bardzo, nadzywczaj ciepło autorka.
– No dla mnie…
– A imię?
Speszyła się. – Nie ważne. Może być po prostu… Nie ważne…. – stała tam całkowicie sparaliżowana obecnością pisarki – sąsiadki i jej serdecznym głosem. Czy to była manipulacja, czy ona może naprawdę była miła? Ach, bogaci znani ludzie, nie mogą być mili, są raczej zarozumiali, a ona gra, żeby jak najwięcej ludzi kupiło jej książkę…
Oj szybciej, proszę – pomyśl jak ją rozpozna, że mieszkają naprzeciwko siebie, i zacznie zagadywać, i zadawać pytania… Ach po co ja tutaj przyszłam? Narażam się tylko niepotrzebnie….

Autorka złożyła więc tylko autograf  i podała książkę. Jej dłoń pachniała świeżym drukiem i czymś jeszcze, jej usta uśmiechały się, jej oczy też.. Może rzeczywiście była miła?
– Dziękuję – wycofała się ostrożnie, by nie zrobić zbyt wielkiego zamieszania i nie zwrócić na siebie uwagi. Spojrzała na zegarek. Już ta godzina – zaraz spóźni się do pracy…

Siedząc już przy biurku wyciągnęła ze swojej trochę przetartej już torebki jeszcze zdawałoby się ciepłą książkę. Okładka była w różnych odcieniach szarości  i jakby spływały po niej łzy.., albo były to krople rosy???
Tekst na tylnej okładce… – drobniutki jak maczek, równiutki, lekko połyskujący…
Rzuciła okiem na akapit w środku: „…. to my wybieramy słowa, które chcemy zapamiętać. Tak dobrze pamiętamy słowa wypowiedziane przed nawet dwudziestoma laty w szkole: gruba, okularnica, ruda, straszydło, nieuk… -”

Zadzwonił telefon -” Nie teraz!!!” – czyżby tekst ją wciągnął?
Na korytarzu usłyszała kroki – wcisnęła książkę pod stos papierów. Podniosła słuchawkę….

Ciąg dalszy następuje TUTAJ…

Facebook Comments

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *